damsko-męskie

A TO JĘDZA WREDNA

Spraw, by twoje działania odzwierciedlały to, co czujesz – powtarzałam sobie w myślach, jak mantrę, kładąc wędlinę na świeże bułeczki. No, kochanie, zemsta jest słodka… – pomyślałam z satysfakcją, wkładając do kanapek plasterki cytryny. Sandłicze spakowałam do lanczboksa mojego męża i z szyderczym uśmieszkiem powędrowałam w stronę lodówki. Zatrzymałam się na chwilę, pozwalając wyrzutom sumienia, zawładnąć moim umysłem. Phi, zapomniałam, że nie posiadam sumienia – roześmiałam się szyderczo, po czym dorzuciłam do pojemnika batonik. Niech ma coś z tego życia.

Następnego dnia rano

 

 

Nie, przez przypadek tam wpadły – zironizowałam w myślach, odczytując wiadomość w drodze do pracy.

W iście rewelacyjnym humorze dotarłam do biura, zaparzyłam kawę, rozsiadłam się wygodnie w fotelu i zaczęłam robić to, co robi każdy normalny człowiek zaraz po przyjściu do pracy – zabrałam się za poranne ploteczki z koleżankami.

– Jesteś niemożliwa, po prostu nie wytrzymam. Ja bym chyba nie wpadła na to, żeby na złość chłopakowi zrobić kanapki z cytryną – rzekła Martyna z rozbawieniem.

– Ja to w ogóle nie wierzę, że to zrobiłaś – wydukała Milena. Na jej twarzy malowało się niedowierzanie.

– Słuchaj, a ty się nie boisz, że on się na tobie zemści?

– M.? Przecież on nie ma pojęcia, co to podstęp! – zakpiłam, wykonując gest machnięcia ręką pod nosem.

Nagle poczułam wibracje na biurku. Zerknęłam na telefon, na ekranie wyświetlił się numer przyjaciela mojego męża.  Przeszedł mnie dreszcz. Rzadko do siebie dzwonimy. Owszem, darzymy się wielką sympatią, ale nie gawędzimy ot tak przez telefon. Może coś się stało? No co ty, głupia jesteś? Odbierz w końcu – ponagliłam się w myślach.

– Halo?

– Siemanko! Jak zdrówko? – Usłyszałam radosny głos w słuchawce. Jak ZDRÓWKO? O matko, to się dzieje na prawdę! Mój mąż przez całe życie udawał! Dopiero teraz pokazał swoją prawdziwą twarz! Ale żeby tak od razu z grubej rury?! “Uważaj, jak tańczysz, bo życiowy parkiet bywa śliski…” – przytoczyłam w myślach kawałek Sokoła.

– Cześć. Wiesz co, oddzwonię później, bo mam dużo pracy, ok? – Rozłączyłam się, nie czekając na odpowiedź. – Dziewczyny! On chce zemsty! – odpowiedziałam koleżankom, które wbijały we mnie wzrok, oczekując na wyjaśnienia.

– Nie przesadzaj – odparła Martyna lekceważącym tonem.

– Bo wiecie, ta cytryna w kanapkach miała być metaforą.

– Kurwa, nie wytrzymam z nią, dajta mnie popcorn! – Milena wybuchła śmiechem.

– Emocje jak na grzybach – dodała Martyna.

– Serio! Już wam interpretuję. Zawsze robię mężowi kanapki do pracy, on je po prostu uwielbia, bo w ich wykonanie wkładam całe serduszko. Zatem nic dziwnego, że podczas pierwszego gryza, M. oczekiwał znajomego smaku wybornego sandłicza, jakby mały Jezusek dotykał gołą stópką jego podniebienia, a tu zonk. Poczuł jedynie cierpkość cytryny. To idealnie odzwierciedla moje uczucie, jakiego doświadczyłam w niedzielne popołudnie. Leżałam obłożnie chora w łóżku, czekając na męża, który zrobiłby mi ciepłą herbatę z cytryną, przytulił się i obejrzał ze mną serial, a tu nagle życie pieprznęło mi kwasem w twarz, gdyż cały wieczór spędziłam na zamartwianiu się, gdzie on się podziewa! A przecież jedynym miejscem, gdzie rozrywka znajduje się przed żoną, jest słownik języka polskiego!

– Ustalmy coś. Ty myślisz, że on myśli, że ta cytryna w kanapkach była metaforą tego, jak czułaś się w niedzielę, kiedy on nie dotarł na czas do domu, dobrze rozumuję?

– Tak. Czy to naprawdę jest tak ciężkie do pojęcia?

– Kobieto, masz przerąbane. – Dziewczyny westchnęły ostentacyjnie.

*  *  *

– Kochanie, zrobić ci herbaty z cytryną? – krzyczę do męża z kuchni.

– Straszysz mnie?!

 

 

 

Inline
Inline