życie codzienne, ludzie

TO NIE JEST KOLEJNY NUDNY TEKST O LICZBACH

Jest taka magiczna data w księgowości, na której widok w kalendarzu każdemu księgowemu czy księgowej zaczyna szybciej bić serce. Tą datą jest ostateczny termin wysyłania deklaracji podatkowych.

W gruncie rzeczy bardzo lubię ten burzliwy okres, kiedy dużo się dzieje. Przedsiębiorcy przypominają sobie, że podatki nie są jakimś zaklęciem zasłyszanym w którejś części Harry’ego Pottera tylko rzeczywistością. Klienci regularnie, co miesiąc czy kwartał, popadają w taki eskapizm i wtedy wchodzę ja, cała na biało  z segregatorem i kalkulatorem w ręku, próbując doprosić się o dokumenty.

Można by rzec, że jestem takim trochę Morfeuszem, co każdego miesiąca wyciąga ludzi z Matrixa.

– Halo?

Witaj Neo. Czy wiesz, kto mówi? Witam pana.

Morfeusz Pani Lidia – klient odpowiada z przerażeniem w głosie.

– Tak. Szukałem cię Próbuję się do pana dodzwonić od wczoraj – mówię z niekrytą satysfakcją w głosie. – Nie wiem, czy jesteś gotowy na to, co chcę ci pokazać, ale niestety skończył nam się czas.

– … – w odpowiedzi słyszę paniczny dźwięk wydychanego do słuchawki powietrza.

– Idą po ciebie, a ja nie wiem, co zamierzają zrobić.

– Kto po mnie idzie?

Wstań i sam zobacz. Urząd Skarbowy. Proszę wstać.

– Co? Teraz?

– Tak. Teraz. Zrób to powoli…

– O.K.

Winda. Kalendarz.

– O cholera!

– Tak…

Czego chcą? Trzeba wysłać deklarację i JPK?

Nie wiem, ale jeśli nie chcesz się dowiedzieć, uciekaj stamtąd. Tak i jeśli mamy to zrobić, muszę mieć dokumenty.

– Jak?

– Mogę cię poprowadzić, ale musisz robić dokładnie to, co powiem.

– O.K.

Boks naprzeciwko ciebie jest wolny… Proszę zebrać wszystkie faktury do teczki…

– Ale jeśli…

Idź, teraz! Zebrać faktury i przywieźć do biura, teraz!

Każdy, kto oglądał ten kultowy film, na pewno kojarzy tę scenę, a jeśli ktoś nie oglądał, to niech się nawet nie przyznaje i szybko nadrobi zaległości, warto chociażby dla samego Keanu Reevsa. A poniżej wspomniana scena w ramach przypomnienia.

Przedstawiając sytuację, w której każdego miesiąca mam przyjemność odgrywać pierwszoplanową rolę, chciałam zwrócić uwagę na to, że pomimo mojej szczerej sympatii do księgowości czasem mam prawo być lekko poddenerwowana.

Tak właśnie było tego dnia, kiedy to czekały mnie trzy upojne godziny kursu, na który uczęszczam dwa razy w tygodniu od dziesięciu miesięcy, coby doskonalić swoje umiejętności zawodowe.

Problem z kursem polega na tym, że w trakcie jego trwania zaczęło robić się ciepło, zamiast wiosny niespodziewanie przyszło lato, a nie od dziś wiadomo, że w pierwsze, ciepłe dni po zimie ludziom zaczyna odpierdalać. No więc ja wcale nie wyszłam poza szereg i wraz z osiemdziesięcioma procentami ludzi zamieszkujących Polskę (sprawdzone dane, liczyłam na kalkulatorze), wolałam spędzać wieczory przy ognisku lub na spacerze, niż chłonąć wiedzę w sali z klimatyzacją i irytującym belfrem. Nawet Dawid Podsiadło już od pierwszych zajęć wiedział, że pomiędzy mną a wykładowcą nie ma fal, nie ma fal, nie ma fal, nie ma fal, co najtrafniej opisuje naszą relację.

Przyjęłam zatem technikę nadrabiania wakacyjnych zaległości w domu, pilnując jednocześnie tego, by aktywnie uczestniczyć w co najmniej 70% zajęć. Wraz z końcem kursu zbliżały się prace kontrolne, których zaliczenie jest warunkiem przystąpienia do egzaminu końcowego.

Nieświadomie wzięłam udział w swego rodzaju doświadczeniu. Jeśli człowiek spędzi 8 godzin w pracy przed komputerem, później 3 godziny na wykładach związanych z jego zawodem, a po powrocie do domu poświęci jeszcze dwie godzinki na naukę do egzaminu, to obserwacje są następujące:

  • bóle szyi, spowodowane siedzeniem przed biurkiem ze spuszczoną głową przez cały dzień
  • problemy z oczami; podkreślam, że chodzi o oczy, nie o wzrok, bo tutaj to i tak już mam dość wysoki level, mianowicie: -5 dioptrii
  • problem z prawidłowym funkcjonowaniem mózgu objawiający się ustawianiem budzika na kalkulatorze:

 

i chyba nikogo nie powinien dziwić fakt, że budzik nie zadzwonił.

Ledwo opanowałam trzęsące się ręce, kiedy otwierałam maila z powiadomieniem o ocenie z pracy kontrolnej. Ku mojej rozpaczy ujrzałam coś bardzo brzydkiego:

ocena: 2.

1:0 dla księgowości

Tak więc kolejny dzień kursu robił na mnie słabe wrażenie, biorąc pod uwagę ogrom pracy oraz świadomość, że będę musiała nauczyć się do poprawki. Ale jak nie ja to kto? – pomyślałam w duchu i rozsiadłam się wygodnie w sali wykładowej.

– Dzień dobry państwu, witam na ostatnich zajęciach z podatków VAT i CIT. To co, napiszemy sobie zaliczenie, nauczeni? – rzekła dziarsko doktor nauk ekonomicznych. Oczywiście zapomniałam, że zajęcia z rachunkowości przeplatają się z prawem podatkowym, którego zaliczenie ktoś kilka miesięcy temu zaplanował właśnie na ten dzień.

2:0 dla księgowości

 

– Pójdę państwu na rękę, możecie korzystać ze wszystkich materiałów, które dostaliście ode mnie na zajęciach. Obowiązuje jednak kategoryczny zakaz rozmów oraz konsultowania się ze sobą.

2:1 – punkt dla mnie

 

                                        ja kontra życie

 

Chwila ulgi odeszła wraz z uświadomieniem sobie, że nie posiadam takowych materiałów.

3:1 dla księgowości

 

Zrezygnowana ale wciąż nietracąca nadziei podpisałam imieniem i nazwiskiem pracę. Na pierwszej stronie umieszczona była punktacja z przypisanymi ocenami. Rzuciłam na nią okiem, po czym odwróciłam stronę, coby zabrać się za udokumentowanie mojej wiedzy. Nagle wyprostowałam się, zbystrzałam, zawiesiłam na chwilę wzrok na ścianie, uśmiechnęłam się szeroko, moje serduszko opętało uczucie nieopisanego szczęścia. Przekręciłam kartkę na pierwszą stronę, spojrzałam ponownie na punktację. Oceny od 1 do 6, gdzie 2 to ocena dopuszczająca, co oznacza, że pierwszy sprawdzian wiadomości zaliczyłam! Tak że nie ma to jak przyjść na zajęcia, dowiedzieć się o pracy kontrolnej i podczas jej pisania, uświadomić sobie, że poprzednią jednak zaliczyłam.

3:2 – punkt dla mnie! 

 

Piszę ten tekst, po otrzymaniu maila z informacją o ocenie ze sprawdzianu wiadomości z zakresu prawa podatkowego. No i przyznam, że geniuszem to trzeba się po prostu urodzić, co chwilę odpalam tę wiadomość i podziwiam krąglutką piąteczkę, którą udało mi się uzyskać bez pomocy materiałów, w których posiadaniu nie dane było mi być tamtego dnia.

 

A tak serio, to głupi zawsze ma szczęście. 🙂