Uncategorized

WCIĄŻ BARDZIEJ OBCY

Ten dzień miał smak zupy truskawkowej, zawsze robiłeś ją pod nieobecność Babci.

Dziś, jak dwadzieścia kilka lat temu, czuję się oszukana.

Z tym, że jedzenie podgrzanego kompotu z truskawek, podanego w formie zupy, było dla mnie urzekającym kłamstewkiem troszczącego się o wnuki Dziadka. Oszukano mnie, mówiąc, że na każdego przychodzi pora, taka jest kolej rzeczy, a życie toczy się dalej – moje zatrzymało się w miejscu, kiedy Twoje serce przestało bić.

Mówią, że w chwili, kiedy myślisz, że umierasz, życie przelatuje przed oczami, a każde wspomnienie pamiętasz jak przez mgłę.

Ja pamiętam każdy, najdrobniejszy szczegół.

Jak wybudzona w środku nocy, nie mogłam złapać oddechu.

Jak moje serce waliło tak, jakby miało miało zaraz uderzyć po raz ostatni.

Słowa, które wybudziły mnie ze snu odbijały się echem po mojej głowie. Zdanie, w które się składały, było zupełnie pozbawione sensu.

Kilka minut po przebudzeniu stałam na dworze, obok samochodu, dygocąc ze strachu. Bałam się, co będzie, jeśli wszystko, co przed chwilą usłyszałam okaże się prawdą. Nie dopuszczałam tej myśli do siebie.

Na ekranie mojego telefonu miałam kilka nieodebranych połączeń z Twojego numeru. Wiedziałam, że to nie Ty dzwoniłeś. Trzymałam smartfon w trzęsącej się ręce, mijając kolejne skrzyżowania.

Pamiętam ciemnogranatową taflę Wisły, w której odbijały się światła latarni, a z radia dobiegał głos Borysewicza, melodyjnie nucący, że jest “wciąż bardziej obcy…”. Wtedy uroniłam pierwszą łzę. Jak się później okazało, była to pierwsza z miliona wypłakanych.

Biegłam nieoświetloną uliczką, mijając zaparkowane karetki. Chciałam zdążyć, choć wiedziałam, że jest już za późno. Tak zresztą powiedział ratownik medyczny, którego minęłam po drodze. Ale wciąż miałam nadzieję.

Wbiegłam do domu, kiedy Cię zobaczyłam. Zawsze stałeś na środku przedpokoju, torując drogę do wejścia, z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy, czekając na całusa na przywitanie. Lubiłam dotyk Twojego kilkudniowego, twardego zarostu na moim policzku.

Tym razem drzwi były otwarte na oścież. Nie czekałeś na mnie w przedpokoju.

W salonie kilku ratowników wykonywało kawał dobrej roboty, próbując przywrócić Ci życie. Ty zaś leżałeś na dywanie, a twoja klatka piersiowa z każdym wstrząsem unosiła się nienaturalnie do góry. A jeszcze wcześniej w tym samym miejscu Twój wnuczek mało nie rozwalił Ci mostka, robiąc, co w jego mocy, żebyś tylko znów zaczął oddychać.

Obok stała Babcia, i jak gdyby nigdy nic, szukała papierów medycznych, o które poprosił ratownik. Nie wiedziała, że nie miało to już najmniejszego znaczenia.

Jeśli przez pierdolone sześćdziesiąt lat budzisz się obok tej samej osoby, trudno, aby cokolwiek w tej chwili miało znaczenie.

Pamiętam porozrzucane na dywanie opakowania po lekach, a później Twoje jeszcze ciepłe ciało, do którego się wtuliłam, zanim te 21 gramów ulotniło się na zawsze.

Byłeś człowiekiem, który nie zważając na zagrożenie, uratował topiącego się mężczyznę. Walczyłeś w słusznych sprawach, biorąc na siebie przykre konsekwencje niesprawiedliwości życia. Zawsze pomagałeś innym, zupełnie obcym ludziom. ̶B̶y̶ł̶e̶ś̶ jesteś moim bohaterem, a bohaterowie są nieśmiertelni.

Dziękuję za wszystkie zachody słońca nad morzem, poranki w ogrodzie przy śniadaniu i letnie mazurskie wieczory. Za dostrzeżenie piękna miejsc, które mi pokazałeś.

Miejsce, w którym teraz się znajdujesz jest rajem.

To zielony ogród przepasany kolorowymi kwiatami z widokiem na gęsty las. Siedzisz na altankowej huśtawce, słuchając śpiewu ptaków, przerywanego co jakiś czas szumem przejeżdżającego pociągu, z którego kiedyś wysiądę. Wtedy weźmiesz w rękę klucz do furtki i ruszysz szybkim krokiem, żeby mnie wpuścić. A jak już się przywitamy, to powiesz:

„No nareszcie, ile można czekać! Zupa truskawkowa prawie ostygła!”.