życie codzienne, ludzie

Z MUZYKĄ JEST JAK Z FACETAMI

– Słyszałeś ten utwór?! Zajebisty, co nie?! – puszczam mój nowy hit, podśpiewując i tańcząc. No dobra, moich niezgrabnych ruchów to ja bym jednak tańcem nie nazwała, ale przynajmniej się staram.

 – Po pierwsze przestań skakać jak pajac, bo pies się ciebie boi. Po drugie, co zresztą powtarzam za każdym razem, kiedy pokazujesz mi jakąś nową piosenkę, tak, ten utwór był fajny jakieś trzy miesiące temu, bo teraz już każdemu się przesłuchał. A jak ci go puszczałem, to krzyczałaś: A weź wyłącz to gówno! Zupełnie nie znasz się na muzyce!

No i rzeczywiście, ja po prostu tak mam- słyszę jakąś piosenkę, nie podoba mi się ani trochę. Zastanawiam się wtedy, czy jeszcze kiedykolwiek świat da mi w prezencie coś, co zaspokoi moje uszy i przeniesie mnie do innego wymiaru. I guess what? Ten sam utwór, którym jeszcze do niedawna gardziłam, jak ludźmi biegnącymi do autobusu, niespodziewanie zaczyna być moim przebojem. Nie mogę się bez niego obyć, słucham go na okrągło, w każdej możliwej chwili. Moje dni stają się jednym, wielkim znakiem REPLAY. Jednak najgorzej jest na spotkaniach ze znajomymi.

– O! Teraz to ja wam puszczę coś zajebistego! – Zrywam się z kanapy, by zmienić muzykę.

– Stop! – znajomy tarasuje mi drogę. – I ani kroku dalej. Puszczałaś to już ze 30 razy, dłużej tego nie zniesiemy. Daj żyć!

Doszłam więc do wniosku, że z muzyką jest jak z facetami. Kiedy chadzałam z koleżankami na imprezy Nie, chadzać to złe określenie. My regularnie uczęszczałyśmy na wydarzenia pt. „Piwny poniedziałek/wtorek/środa/czwartek”, które polegały na tym, że wybrany klub oferował darmowe piwo bez ograniczeń w dany dzień tygodnia. Moje kompanki nie miały najmniejszego problemu z pójściem w tango z nowo poznanym facetem. Wiecie, szybka wymiana spojrzeń, prędka akcja – wędka, spławik, stajesz vis a vis niej i zaczynasz prawić, mówisz: Hi, Hi mam hajs hajs, daj daj się poderwać, ajjj!  A mi wiecznie nikt się nie podobał. Nie to, że nie dawałam szans, były liczne próby, na przykład rozmowy przy barze:

– To co, może postawię ci piwo?

– Ej, ale dziś są piwne wtorki w Remoncie. Każdy pije za darmo…

Nawet jeśli facet był iście zniewalający, ja tego po prostu nie mogłam dostrzec. Zupełnie jak z tymi utworami, muszę je lepiej poznać, przeanalizować, czy to wszystko tworzy jakąś zgrabną całość. I, mimo że nie daję im najmniejszych szans na powodzenie, to w końcu nadchodzi taki moment, gdzie łup pierdut o mój boże, tak to to! Chcę cię, chcę cię na parkiecie! Zanim związałam się z M., znaliśmy się już od pewnego czasu, więc te kilka lat w zupełności wystarczyło na dogłębną analizę pt. „Ej koleś, czy aby na pewno jesteś na tyle?”, aż w końcu doszłam do wniosku, że And I want you to be mine. Nie jestem w stanie porównać M. do jakiegoś konkretnego utworu, wszakże myślę, że byłby dobrą składanką rockowych ballad, znakomitych, klubowych przebojów [takich z pierdolnięciem] i kilku hip-hopowych kawałków. Taka mieszanka ponadczasowych utworów, do których chętnie wracasz, dokładnie pamiętasz ten moment, kiedy pierwszy raz je usłyszałeś i masz świadomość, że nigdy ci się nie znudzą. Chociaż… w pierwszej chwili przeszło mi przez myśl Loca People”- All day, all night, łatafak?! Ale nie powiem dlaczego, bo się wstydzę. 😛