życie codzienne, ludzie

DAŁAM CI KAMIEŃ Z NAPISEM “LOVE”

Ostatni wieczór października był chłodny. Zimny wiatr dokuczliwie kąsał moje zmarznięte policzki. Przykucnęłam konspiracyjnie przy nowo wybudowanym osiedlu, przerzucając kamyki w ozdobnej alejce. Musiałam go znaleźć, nie było innej opcji. Nie mogłam złamać danego słowa.

Nagle spostrzegłam zarys idącej w moją stronę postaci. Poruszała się coraz szybciej i bardziej zdecydowanie.

– Co pani tam robi?! – krzyknął ochroniarz, zaczynając biec w moim kierunku.

– Ja? – wydusiłam z siebie, udając głupka, po czym wyrzuciłam z ręki kilka zebranych przed chwilą kamieni i zaczęłam uciekać.

Dobiegłam pod blok, ciężko dysząc. Nie było czasu, musiałam coś szybko wymyślić. Rozejrzałam się po lekko oświetlonej osiedlowej alejce, którą zdobiły niewielkie ogródki. To jest moja jedyna szansa – pomyślałam, po czym przeszłam przez niewielkie ogrodzenie, chowając się za tują. Wtedy go zobaczyłam. Nie byłam pewna, czy dam radę zabrać go ze sobą do domu, bo w rękach trzymałam jeszcze siatki z zakupami. Nie miałam jednak wyboru, musiałam podołać zadaniu.

Kiedy przeszłam z powrotem przez ogrodzenie, jadący z naprzeciwka samochód sprawił, że na moment oślepłam od świateł. Dramat, zupełnie jak w książce Jakuba Żulczyka. Auto zatrzymało się tuż przy mnie, ktoś otworzył szybę.

– Czy ciebie już kompletnie pojebało? Po co ci to? – zapytał znajomy głos kumpla.

– Siemanko! Muszę uciekać, ale widzimy się u mnie, zaparkuj samochód i wpadaj! – odrzekłam i pobiegłam do klatki.

Żeby zrozumieć, co doprowadziło do tej sytuacji, należy cofnąć się kilka tygodni do dnia, w którym sama wydałam na siebie wyrok.

Był piątkowy poranek. Obudziłam się nago, wygięta w chińskie s. Nie tak całkiem nago, bo nie wiedzieć czemu, na nosie miałam okulary, bez których po prostu nie można się obejść podczas snu. Otarłam dłonią resztkę śliny z pysia i jednym haustem wypiłam szklankę wody, która stała na szafce przy łóżku.

Spojrzałam na telefon – 8:30. Plan był piękny w swojej prostocie – wyjść z psem na spacer, wrócić do domu, zawinąć się w kołdrę, odpalić “How I Met Your Mother” na Netflixie i do wieczora uskuteczniać dzień wombata, czekając aż mąż wróci z delegacji.

Niestety życie zachciało ze mną grać w pokera i jak zazwyczaj mi daje, tak tym razem zabrało, bo już na klatce schodowej odbyłam bliski stosunek z ptakiem. Wyrżnęłam takiego orła, że ból pleców skutecznie przyćmił szum w mojej głowie. Uświadomiłam sobie, że chyba jeszcze nie wytrzeźwiałam po ostatnim wieczorze. No cóż zrobić, bywa i tak.

Kiedy wróciłam do domu i usadowiłam się wygodnie pod kołderką, usłyszałam dziwny odgłos, coś jakby wycie potwora. Na początku wystraszyłam się, ale później dotarło do mnie, że to mój brzuch domaga się jedzenia. Lodówka niestety była pusta jak rozmowy uczestników Love Island. Myśl o wyjściu do sklepu porzuciłam tak szybko, jak zaatakowały mnie schody stojące na mojej drodze do śniadania. Aż mnie ciarki przeszły na samą myśl o nich. Poza tym uświadomiłam sobie, że z moich największych życiowych osiągnięć tego dnia, osiągnęłam piątek. Na więcej nie liczyłam.

Napisałam zatem do kumpla, który też miał wolny dzień, żeby skoczył do sklepu, kupił mi pizzę i dwa piwka, bo czemu nie. Odpisał, że jeszcze nawet nie ma 12 i że jestem chlorem. Wytłumaczyłam mu zatem, że jeśli jeszcze nie ma południa, a oprócz alkoholu kupuje się również coś do żarcia, to można. Odparł, że ten argument totalnie go przekonał, ale ni chooya nie będzie pokonywał takiej trasy z samego rana. Wiedziałam, że ciężko będzie go przekonać, bo generalnie długa trasa dla niego to jest z pokoju do kuchni, a co dopiero do sklepu.

Dwie godziny próbowałam nakłonić go do tego, żeby przystał na moją prośbę. Użyłam wszelkich możliwych metod, począwszy od szantażu, przez błaganie, skończywszy na groźbach. Nic to nie dało. Chciałam wykorzystać to, że mój kumpel ma bardzo dobre relacje z moją mamą, więc jakby ona miała do niego jakąś prośbę, spełniłby ją bez mrugnięcia okiem. Zrobiłam zatem zdjęcie zdjęcia mojej rodzicielki, że niby takie selfie i wysłałam je do przyjaciela z podpisem: to ja, L-żunia, piszę z telefonu Lidzi, bo ona poszła spać, a ja potrzebuję na cito trzech cebuli do gulaszu, przyniósłbyś?

No, kurwa, geniusz. Później jeszcze dopisałam: i wziąłbyś przy okazji pizzę i dwa piwka po drodze. Do dziś zachodzę w głowę, jakim cudem on się domyślił, że pisałam to ja.

Podjęłam ostateczną próbę, nie myśląc o konsekwencjach, bo jak zwykle żarcie przysłoniło mi trzeźwe myślenie. Zaoferowałam, że jeśli przyjdzie do mnie z tą pieprzoną pizzą i dwoma piwkami, to zobowiązuję się spełnić jego trzy dowolne prośby, po czym spisałam umowę.

Długo nie musiałam czekać, w odpowiedzi natychmiast odpisał: Wychodzę z domu. Zaraz będę. Masz przesrane xD xD xD.

W tym miejscu docieramy do początku mojej historii. Do październikowego wieczora, który spędziłam w towarzystwie przyjaciół na pogaduszkach, żarcikach i wycinaniu strasznych twarzy w dyniach.

– Skończyło mi się piwo i mam ochotę na pizzę – rzekł Max.

– Nie pomogę – odparłam złośliwie.

– A właśnie, że to zrobisz. Mam jeszcze dwa życzenia.

– Fuck. Dobra, miejmy to za sobą. Co mam kupić?

– Weź mi czteropak i pizzę.

– Naprawdę jesteś aż tak żałośnie leniwy, że chcesz wykorzystać swoje przedostatnie życzenie na coś tak błahego? – zakpiłam.

– Tak.

– O.K.

– Poczekaj. Przynieś mi jeszcze kamień.

– Jaki kamień? – Spojrzałam na niego z miną Madzi Gessler, której podano żurek z proszku.

– Nie wiem, znajdź gdzieś taki kamień, który twoim zdaniem będzie odpowiedni. Taki, że jak go zobaczysz, to uznasz, że to właśnie to.

– Dobra, zrobię to, a jak wrócę, to zapiszę cię na wizytę do doktora Feel Good’a. Coraz słabiej z tobą.

W pocie czoła przytachałam do domu zakupy i dziesięciokilogramowy kamień z czyjegoś ogródka. Do dziś leży w moim pokoju, bo komuś nie chciało się zabrać go ze sobą do domu.

Każdego dnia budzę się w strachu, czy przypadkiem właśnie dziś nie będę musiała spełnić kolejnego życzenia i na czym ono będzie polegać.