życie codzienne, ludzie

Dla A.

Adasiu,

Z okazji urodzin, mogłabym złożyć Ci życzenia na fejsbukowej tablicy, jednak trochę to żałosne, przy czym “żałosne” to taki delikatny eufemizm w tej sytuacji.

Mogłabym napisać Ci wiadomość, ale mam za dużo do powiedzenia. Nie wyglądałoby to tak estetycznie, jakbym chciała.

Mogłabym też zadzwonić, albo stanąć przed Tobą i powiedzieć, to co chcę, ale życie doświadczyło mnie, że jak coś mówię, nigdy nikt nie słucha.

Przeszło mi przez głowę, że mogłabym napisać do Ciebie urodzinowy list, ale szybko zginąłby w oceanie burdelu Twojego pokoju i kiedyś nadszedłby ten dzień, w którym znalazłabym go żałośnie leżącego w stercie śmieci. Wtedy nie tyle, co byłoby mi smutno, ale zapragnęłabym zamienić Twoje życie w koszmar. A tego byś nie chciał, zdaję sobie sprawę. I Ty również.

Dlatego napiszę te kilkanaście zdań w tym miejscu, do którego zawsze będziesz mógł zajrzeć, gdzie się nie zgubią.

Próbowałam sobie przypomnieć jakiś moment z naszego dzieciństwa, taki odległy, w którym byłeś jeszcze małym gówniakiem. Udało się.

Pamiętam, że było ciepło. Byliśmy z mamą na bazarku. Stałam przed warzywniakiem i pilnowałam wózka, w którym siedziałeś, a mama robiła zakupy. Jakaś pani podeszła do nas. Wydawała z siebie dźwięki w stylu: “oj oj oj oj, jaki słodki maluszek…”, zbliżając się chyżo do wózka. Doskonale pamiętam, jak popatrzyłam na nią z pogardą. Wiesz jaką? Tym wzrokiem Bazyliszka, który masz nieprzyjemność oglądać co rano. Z opowieści rodziców wiem, że miałam takie spojrzenie, które bez trudu mogłoby oszraniać szampana.

No cóż, owa pani zrezygnowała z przywitania się z małym Adasiem.

Jakbyś zapytał mnie o najlepszy moment dzieciństwa, bez namysłu powiedziałabym Ci, że to był wieczór, kiedy leżeliśmy na naszym piętrowym łóżku. Ty na dole, ja na górze. Tak wiem, że mogłabym nie kończyć, bo już masz tę scenę przed oczami. Więc dokończę.

Nie wiem, czy zdenerwowałeś mnie czymś wtedy, czy miałam po prostu taki kaprys, ale do dziś mam uśmiech na mordzie, kiedy przypomnę sobie, jak rzekłam do Ciebie “Adaś, weź się wychyl na chwilę!”. Oczywiście zrobiłeś to, a ja w tym momencie upuściłam z rąk ciężkie, zabawkowe żelazko, które wylądowało na Twoim czole. Fajna zabawa, ale oczywiście musiałeś narobić tyle hałasu, że rodzice skonfiskowali mi zabawkę. NA ZAWSZE. I nie wiedzieć dlaczego, dostałam srogi ochrzan.

Pamiętam również najgorszy moment.

Byliśmy na wsi. Wybraliśmy się do lasu, bawiliśmy się nieopodal płotu, jeśli w ogóle można to nazwać zabawą. Obkładaliśmy się patykami, gdy nagle przyjebałeś mi tym badylem, tak że hej. W sam środek czoła. Dopóki nie dotknęłam twarzy, nie ogarnęłam, że coś jest nie tak. A później widziałam tylko strumień krwi. To było tylko lekkie skaleczenie, ale pamiętam, jakby to było wczoraj, Twoją panikę w oczach, kiedy ściszonym głosem (chociaż i tak nikt nas w tym lesie nie słyszał) błagałeś, żebym nic nie mówiła dziadkom. Twój szept przerodził się w krzyk, darłeś mordę na całego: “Zamknij się, nie płacz, przecież nic ci nie będzie, daje słowo!!!”. Jakoś, kurwa, nie bardzo Ci w to wierzyłam. Nie pamiętam, czy na Ciebie naskarżyłam, ale znając życie… tak.

I tak patrzę z perspektywy lat, nic się nie zmienia. Tylko nasz wiek. Kiedyś, gdy doszło miedzy nami do kłótni, biliśmy się. Teraz po prostu blokujemy się na facebook’u, odgrażając, że nie chcemy się znać. Oczywiście do momentu, gdy któreś od drugiego czegoś potrzebuje.

Pomimo że jesteśmy dorośli, o czym świadczy chociażby to, że mamy po dwadzieścia kilka lat, konta w banku, prace, a ja to się nawet męża dorobiłam, moją ulubioną zabawą jest gra w “sam sobie zamknij drzwi”. Jakbyś nie wiedział, albo nie miał zielonego pojęcia, że to jest forma rozrywki, przypomnę Ci, na czym polega. Ja wbijam do Twojego pokoju, otwieram drzwi, mówię coś, Ty drzesz ryja, że mam zamknąć drzwi. Ja tego nie robię, żeby podnieść Ci ciśnienie. Wracam do pokoju, po czym ty otwierasz moje drzwi i wracasz do siebie. Następnie ja wstaję z łóżka, idę do Ciebie i otwieram Ci drzwi, a później wracam do mojego pokoju. I tak w kółko. Dalej to już standard, blokowanie na fejsie, gorzkie żale i brudy sprzed lat, typu: nie wyniosłeś wczoraj śmieci, następnie szybka blokada numeru na telefonie. I wspaniałe zwieńczenie sporu, kiedy dzwonię do męża.

– M., mógłbyś powiedzieć Adasiowi, żeby się do mnie odezwał, bo mam ważną sprawę?

– A ty sama nie możesz?

– Nie, bo mnie zablokował.

– O.K.

pół minuty później.

– On mówi, że nie chce cię znać.

– To weź mu powiedz, że ja jego też nie!

– Kurwa, dlaczego ja w tym muszę uczestniczyć?!

Kiedyś śmiałam się z Ciebie, kiedy rodzice kazali Ci iść spać. Dziś o trzeciej w nocy czekam, aż wrócisz do domu z imprezy, dzwonię upewnić się, że żyjesz i proszę do telefonu Twoich znajomych, grożąc im, że jak Cię zaraz nie będzie, to ich znajdę i zabiję. A później ścielę Ci łóżko i podpowiadam drogę do niego, kiedy chwiejnym krokiem wchodzisz do domu z bananem na gębie, krzycząc: “Wróciłem, kurwa!”. A jak ładujesz się do łóżka, walcząc z przeciwnościami losu, przybierającymi formę niedających się ściągnąć koszul i skarpetek, ja nagrywam Twoją nierówną walkę z życiem, planując, jak tu Cię zaszantażować, by nikt inny tego nie zobaczył.

I tak na koniec dodam, że te kaktusy, co mi je kupowałeś od dziecka na każdą okazję, pięknie wyrosły. Żyją do dziś. I pewnie pasowałoby teraz wspomnieć o tym, że jeden z nich stoi w tej chwili w oknie, ale prawda jest taka, że zostały w starym mieszkaniu, bo je niechcący ususzyłam. Tak – KAKTUSY.

Życzę Ci wszystkiego, co najlepsze. Żebyś nigdy się nie zmieniał.

 

Wkurwiająca, ale kochająca

Siostra