życie codzienne, ludzie

I LOVE POLAND

 

Francja- kraj rond, radarów, znaków drogowych o wysokości Napoleona (przypadek? Nie sądzę.), kiepskiego pieczywa, ciapatych czających się za każdym rogiem i wiecznie nieczynnych sklepów. Nie mam pojęcia skąd wzięło się powiedzenie: Elegancja Francja… ,,Poczekaj, niech sobie przypomnę… To pytanie do typa, który studiuje historię.”

Ale nie taka Francja straszna jak ją malują. Przynajmniej nie cała. Prawdziwym zaskoczeniem była dla mnie uprzejmość Francuzów zamieszkujących miasteczka w Alpach. Z moim francuskim jest mniej więcej tak: Bonjour, je susis polonaise. Je ne parle pas français. Do you speak English? I to by było na tyle. Ewentualnie mogę dodać: Polisz, polisz. Czaisz, czaisz? Następnie czekam na pełen pogardy wyraz twarzy mojego rozmówcy i… Nie wierzę w to, co słyszę: Yes, how can I help you? Prędzej spodziewałabym się dogadać z misiem koalą, niż z Francuzem po angielsku. No i to byłoby na tyle w temacie miłych niespodzianek. Zacznijmy jednak od początku.

Środek nocy z soboty na niedzielę. P. próbuje upchnąć mój bagaż do samochodu. Stoję obok, obserwując jego marne starania.

-Wzięłam ze sobą leki, jakby kogoś z nas miało złapać przeziębienie albo ból głowy. Nie mogłam znaleźć Apapu, więc spakowałam No-spę, w końcu też jest przeciwbólowa- mówię do P. biorąc gryza kanapki.

-Nie obraź się na mnie, ale zrobimy tak… Przez pierwsze dwie godziny będę sobie udawał, że cię tu nie ma. Po prostu muszę się przyzwyczaić. I dlaczego mam dziwne wrażenie, że będzie ciężko…

Oczywiście to była dopiero pierwsza z wielu sytuacji, w której Patryk żałował, że zabrał mnie ze sobą w trasę.

Pomimo zmęczenia kilkunastogodzinną jazdą nie tracimy entuzjazmu. Dzwoni do mnie telefon.

-Kto dzwonił?- pyta P.

-Mateusz. Pytał się kiedy będziemy na miejscu i mówił, że już wyjeżdża z Polski.

-Gdzie jest?

-W Gorzelcu.

-Gdzie?

-W Gorzelcu.

-A gdzie to jest?

-A skąd mam wiedzieć, gdzieś w Polsce.

Patryk głośno wzdycha. Po chwili zaszczyca mnie swoim beznamiętnym spojrzeniem i miną pełną pogardy.

– A może jest w Zgorzelcu. Jak myślisz?- po czym bierze głęboki oddech, tak jakby już stracił nadzieję, że jest jeszcze szansa na to, że mój kolor włosów może nie mieć nic wspólnego z inteligencją, a ja zanoszę się śmiechem.

Welcome to France.

Po przekroczeniu niemiecko-francuskiej granicy jesteśmy gorąco powitani przez ciapatych, którzy zaczynają na nas trąbić, wyprzedzają nas i wymachują środkowymi palcami przez szyby. Od razu blokujemy zamki w drzwiach i modlimy się, aby nikt nas nie zatrzymał i nie pociął nożem. Kompletnie odechciało mi się spać, a ból pęcherza przestał mi nagle przeszkadzać. Nie zatrzymaliśmy się przez jakieś 300km. Jechaliśmy przez małe miasteczka, w których nie było widać żywej duszy. No wcale się kurwa nie dziwię. Zdarzyło Ci się kiedyś, przejść ciemną, praską uliczką z sercem podskakującym do gardła? Uwierz, że to czysta przyjemność w porównaniu do przechadzki po większości francuskich miast. W Polsce możesz dostać wpierdol i jakoś z tego wyjdziesz. We Francji masz pewność, że nikt Cię nie pobije. Po prostu dostaniesz kulkę w głowę albo kilka dźgnięć nożem, a co tam będą się pierdolić.

-Wiesz co?- Patryk wyrywa mnie z zamyślenia.- Jakby w Polsce ktoś zaczął strzelać to nikt by nie uciekał. Wszyscy zeszliby się popatrzeć.

Nigdy nie lubiłam Francji. Wkurza mnie w niej dosłownie wszystko. Nie jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy zachwycają się tym krajem- smród, brud i wysoki poziom przestępczości. Oczywiście nie wszędzie. Chodzą słuchy, że istnieją jeszcze takie rejony, w których mieszkają rodowici Francuzi, jednak zdecydowana większość to kebabijczycy. Nie to, że mam coś do kebabów, lubię na cienkim cieście z sosem średnio-pikantnym. Mój entuzjazm spada do zera, kiedy od kilku godzin jestem zmuszona patrzeć się na tych popieprzeńców w skórzanych kurteczkach z telefonami przy uchu. O czym oni mogą tak pierdolić?

Moim oczom ukazuje się piękny krajobraz Alp. Im dalej jedziemy, tym bardziej czuję się bezpieczna. Zagrożenie ciapatymi minęło, humor powraca.

12822707_1682592592016059_1049863599_o

Jedziemy stromą, krętą, górską drogą, podziwiając krajobraz. Tak dla ścisłości- Patryk podziwia, a ja klepię setną zdrowaśkę z zamkniętymi oczami. Taka przypadłość osób z lękiem wysokości.

-Możesz przestać tak głośno sapać? Dzieje ci się coś?- mówi do mnie lekko poirytowany P.

-Boję się, że zaraz spadniemy w przepaść. – odpowiadam zmieniając kolor twarzy z zielonego na fioletowy.

-Już chyba wolałem jak gęba ci się nie zamykała. Teraz nie mogę skupić się na drodze, bo boję się, że zaraz dostaniesz jakiegoś ataku apopleksji.

 

12810394_1682592642016054_1233032585_o

Jedziemy coraz dalej na południe Francji, otwieram szybę aby poczuć przyjemne, ciepłe powietrze. W radiu leci klimatyczny kawałek Sugar, w wykonaniu Robina Schulz’a.

-Czy ty znowu coś żresz?

-Kanapkę, a co?- odpowiadam z pełnymi ustami.

-Nic. Jak dojedziemy na miejsce, będę musiał wyciągać cię z tego samochodu paleciakiem.

12788391_1682592615349390_1494569440_o

W końcu dojechaliśmy do Vitrolles. Nigdy wcześniej nie widziałam tak uradowanego Patryka. Kiedy wysiadał z samochodu, wyglądał jakby unosił się trzy metry nad niebem. Nie musiałam pytać, co spowodowało u niego ten nagły przypływ radości. Byłam pewna, że to wizja spędzenia kilku dni bez mojego ciągłego gadania, wprawiła go w ten iście cudowny nastrój. Witamy się ze znajomymi.

-Słyszeliście o tej strzelaninie w Marsylii?

-Jakiej strzelaninie?

-Dziś rano w jakimś tunelu. Takie tam porachunki.

Dzień dobry.

Dwa dni w tak pięknym miejscu, upłynęły zdecydowanie za szybko.

Pocieszyła mnie jednak wiadomość, że jedziemy do Marsylii. Mój zapał do przejścia się marsylską plażą i napawaniem się widokiem Morza Śródziemnego, opadł po wjechaniu do miasta. Umówmy się- nie tak to sobie wyobrażałam. Spędziliśmy około godziny na poszukiwaniu miejsca, w którym moglibyśmy zaparkować samochód. Nie mówię o bezpiecznym miejscu, bo takiego na pewno byśmy nie znaleźli. Wąskie uliczki i kafejki pełne ludzi popijających wino w południe, może i miałyby swój urok, gdyby nie te parszywe gęby ciapatych, wpatrujące się w nas z nienawiścią. To żeś nas przewiózł Andrzej.

-Dobra, zostań w samochodzie. Zaraz przyjdę. Jakbym  nie wrócił za pół godziny to powiadom moją rodzinę, że najprawdopodobniej nie żyję.- powiedział Patryk zatrzaskując za sobą samochodowe drzwi.

Ze łzami w oczach patrzyłam się, jak znika w wąskiej alejce pełnej zdewastowanych samochodów. Zupełnie jak dziecko, które ma przed sobą pierwszy dzień w przedszkolu i z przerażeniem wpatruje się w odchodzących rodziców.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przekraczając granicę niemiecko-polską, miałam ochotę wysiąść z samochodu i całować ziemię mojego kraju.

-Co tak śmierdzi w tym samochodzie?!- Patryk patrzy w moją stronę, robiąc zdegustowaną minę na widok pożeranego przeze mnie sera pleśniowego. -Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że już wracamy do domu. Mam cię dość.