życie codzienne, ludzie

TY TEŻ MOŻESZ BYĆ BOHATEREM

Karma tu suka.

Gotowałam z mamą chłodnik. Nie od dziś wiadomo, że immanentną częścią kulinarnych przygód jest wino. Chyba że ma się akurat ochotę na zimne piwo z sokiem, to też może być. A jeśli nie ma malinowego syropu pod ręką, wtedy wysyła się ojca na zakupy, coby nie kręcił się po kuchni, narzekając, że zimna zupa to nie zupa i czemu nie schabowy, przecież On już od trzech dni nie jadł schabowego, dlaczego ja mu to robię i za jakie grzechy.

Misja wydawała się bardzo prosta.

– Kup koperek i malinowy sok do piwa. Wiesz, jak wygląda koperek? – Spojrzałam podejrzliwie na ojca.

– No pewnie, że wiem. Czy ty masz mnie za idiotę? – odpowiedział oburzony.

– Nie no, tak tylko się upewniam, że nie pomyli ci się ze szczypiorkiem, czy coś.

– Koperek i sok do piwa, zapamiętałem. Zaraz wracam – odrzekł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Minęło pół godziny. Tata jeszcze nie wrócił. Zaczynamy się zastanawiać, co się dzieje.

– Na bank szuka koperku – powiedziała mama z pewną dozą złośliwości w głosie.

– A może… – Nie zdążyłam dokończyć myśli, kiedy ojciec wszedł do domu.

– Pieprzony koperek – wypalił od razu, dysząc. Wyglądał, jakby właśnie przeżył najcięższe 30 minut swojego życia. – W tym sklepie nie ma takich rzeczy! – krzyknął ze złością. – Ale przynajmniej sok dobry kupiłem, nie jakieś tam gówno z toną cukru!

Daję słowo, że kiedy wyciągał z reklamówki malinową zdobycz, czas stanął w miejscu, a mieszkanie wypełniła aura dumy i zachwytu. Nie był w stanie ukryć szerokiego uśmiechu, bił od niego blask pewności świadczący o tym, że spisał się na medal i to, co zaraz ujrzymy, wynagrodzi nam brak koperku.

Czar prysł, kiedy przed moimi oczami ukazała się malutka buteleczka naturalnego przecieru z malin z dodatkiem nasion chia. Mogłam wypić ten sok, wsadzić go sobie w dupę albo w dupę, ewentualnie w dupę, ale na pewno nie nadawał się do wymieszania go z piwem. Nie miałam jednak serca, żeby powiedzieć tacie, co może sobie zrobić z tym zakupem, więc podziękowałam, próbując przy tym uśmiechnąć się tak naturalnie, jak tylko potrafiłam. W myślach jednak kłębiły się pytania: JAK? JAK TO JEST MOŻLIWE? KTÓREJ CZĘŚCI ZDANIA “KUP SOK MALINOWY DO PIWA” NIE ZROZUMIAŁ? CO DO CHOLERY JEST TAKIEGO TRUDNEGO W ZROBIENIU ZWYKŁYCH ZAKUPÓW?

Karma to suka – powtarzałam w duchu, stojąc w kolejce po mięso dla dziadków. Kurczowo ściskałam listę zakupów napisaną przez babcię. Lista nie była długa, ale do wszystkich produktów, które się na niej znajdowały, były przypisane konkretne firmy. Jeśli kefir to tylko z Krasnegostawu. Kiedyś byłam tak odważna, że pozwoliłam sobie kupić jogurt Danone’a, bo nie chciało mi się szukać bakomy. Szpagatami zapierdzielałam z powrotem do sklepu, żeby go wymienić, bo kiedy próbowałam wpaść w polemikę, usłyszałam jedynie coś w rodzaju: a jeżeli będą chcieli iść do Muzeum Lotnictwa, to zabierzesz ich do Muzeum Lotnictwa, kurwa jego mać.*

Zatem stoję w kolejce po kiełbasę dziadunia, bo nawet po cichutku nie śmiem wątpić, że jest to najlepsza kiełbasa na świecie, jak nie w całej galaktyce, bo jeśli wierzyć temu, co powiedziała babcia (a babcie nigdy nie kłamią), taką właśnie kiełbasę żarł mistrz Yoda przed każdym treningiem Jedi. Kolejka zdaje się nie mieć końca, więc zamiast kontemplować nad straconym czasem, który mi właśnie bezpowrotnie spierdala, zaczęłam obserwować zachowania klientów.

Mistrzem sytuacji była starsza pani, nie wiem, w jakim mogła być wieku, ale wyglądała na taką, co ma w portfelu zdjęcie z Piłsudskim. Tak uważnie śledziła każdy krok ekspedientki, nie traciła jej nawet na chwilę z zasięgu wzroku, że tej biednej dziewczynie za ladą zaczęły trząść się ręce. Przy krojeniu słoniny, baleronu czy innej padliny, starsza pani wykrzyknęła: “Już, już wystarczy!”, jakby miała Zespół Tourette’a. Ekspedientka przeżyła niemały zawał, po czym zapytała czy podać coś jeszcze. Oczywiście, że tak. Po kilkudziesięciu minutach, kiedy byłam pewna, że koleżanka Piłsudskiego kupiła już po trochu wszystkiego, co było dostępne w dziale mięsnym, nadeszła moja kolej.

Już uśmiecham się do sprzedawczyni, już mam powiedzieć “dzień dobry”, kiedy starsza pani wbija się przede mnie, taranując bez pardonu i znowu krzyczy tak, że żołądek podchodzi wszystkim do gardła: “STOP! STOP! Jeszcze makrela! Makrela!”. Ekspedientka wrzuca jej do koszyczka wędzoną rybę, mi w końcu udaje się złapać oddech, kiedy z końca kolejki biegnie kolejna gwiazda, wymachując legitymacją dla niepełnosprawnych, choć dałabym sobie rękę uciąć, że wyglądała jak dowód, ale że ja mam problemy ze wzrokiem, to pewnie teraz nie miałabym już ręki. No i tu to się dopiero zaczęło dziać, aż byłam zdziwiona, że babka nie miała własnej masarni, pierwszy raz widziałam, żeby ktoś kupował tak hurtowe ilości mięsa, a pytań przy tym miała tyle co Tadeusz Sznuk podczas odcinka “Jeden z dziesięciu”.

Powoli traciłam cierpliwość, choć i tak uważam, że powinnam dostać medal za opanowanie. Zmęczona ciągłym sapaniem, przepychaniem i chrząkaniem już miałam opuszczać to pole bitwy, ale w ostatnim momencie uświadomiłam sobie, że jak dziadek nie zje dziś pętka kiełbasy dziadunia, to babcia nie nadąży z gotowaniem bigosu na uspokojenie. Zaczęłam się modlić w myślach: Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną…”, kiedy w końcu usłyszałam magiczne: “co podać?”. Bez namysłu wypaliłam: “Kiełbasę dziadunia, całą paczkę!”.

I wtedy to się stało. Jakby czas zatrzymał się w miejscu. Wszyscy znieruchomieli, złowroga cisza opanowała cały market, ekspedientka wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem, gdzieś z oddali usłyszałam stłumione westchnięcie.

– Ale całą? – zapytała oniemiała ekspedientka.

– Tak, całą.

– Nie… nie… nie mamy już całej paczki – wydukała.

Zaczęło się. Ludzie zaczęli szeptać, burzyć się, krzyczeć, że jak to nie ma już kiełbasy dziadunia?! Wyczuwałam ich wrogość i spojrzenia pałające nienawiścią. Od razu humor mi się poprawił. Dziś już nikt z nich nie zje tejże kiełbaski, zostały jeszcze jakieś udka, skrzydełka i pałki, więc zawsze mogą zrobić sobie niedzielny kompot z kurczaka z makaronem.

– Poproszę w takim razie wszystko, co zostało – odpowiedziałam radośnie.

Trochę nie przemyślałam tego entuzjazmu w głosie i dopiero po chwili ogarnęłam, że po wyjściu ze sklepu, ktoś może mnie zaatakować i ukraść tenże cenny zakup. Ja już widziałam oczami wyobraźni, jak dzwonię na policję:

– Halo, policja? Chciałabym zgłosić kradzież!

– Spokojnie, proszę dokładnie powiedzieć kiedy to miało miejsce i co jest przedmiotem kradzieży?

– Kiełbasa!

– Ty, Marian, pani coś po hiszpańsku mówi, dogadasz się? – Słyszę w słuchawce zmieszany głos policjanta.

– Buenos dias, señorita. Proszę powtórzyć, co było przedmiotem kradzieży?

– Kiełbasa!

– Que pasa?

– Kiełbasa!

– Mufasa?

– Mufasa nie żyje, kiełbasa!

A później na własną rękę szukam sprawcy, rozwieszając po wsi plakaty: “SKRADZIONO KIEŁBASĘ DZIADUNIA! WYSOKA NAGRODA ZA WSKAZANIE SPRAWCY! ZŁODZIEJU, JEŚLI TO CZYTASZ, OPAMIĘTAJ SIĘ PROSZĘ I ODDAJ KIEŁBASĘ, A ZOSTANIE CI WYBACZONE!”.

Na szczęście w momencie, gdy opuszczałam kolejkę pojawił się On. Mój mąż. Szedł w moim kierunku zdecydowanym krokiem, niczym Gladiator na arenie tej mięsnej przygody mający stawić czoła przeciwnikom deficytu kiełbas. Ostatni raz tak się ucieszyłam na jego widok, kiedy zapytał, czy mam ochotę dokończyć jego pizzę. Miałam.

Biegłam przez podwórko, triumfalnie trzymając w ręku pęto kiełbasy. W progu drzwi dostrzegłam dziadka przebierającego nóżkami, jak dziecko niemogące doczekać się deseru. Wręczyłam dziadkom zdobycz i rzuciłam na kuchenny blat torbę z resztą zakupów.

– Nie było tylko tego masła, co chcieliście, ale wzięłam inne – rzuciłam, łapczywie spijając kolejne łyki wody mineralnej. Czułam się jak bohater, rozpierała mnie duma.

– Jak to nie było naszego masła? – zapytała niewzruszona moim heroizmem babcia.

– No nie było… – Zaczynam tracić grunt pod nogami.

– Wiesz ile procent tłuszczu powinno mieć masło?!

– Nie wiem, bo nie jem masła.

– Co najmniej 82%! A to, co kupiłaś ma 76% – oznajmił dziadek.

– NA BOGA, CO TRUDNEGO JEST W KUPIENIU PRAWDZIWEGO MASŁA?

* “Chłopaki nie płaczą“, reż. Olaf Lubaszenko