życie codzienne, ludzie

ŻÓŁTE TULIPANY

No więc zmierzam ostatnio do pracy, przedzierając się chyżo przez tłum zaspanych ludzi, których bardzo nie lubię o tej porze dnia. To znaczy później też ich nie lubię, ale nie lubię ich mniej niż o 7 rano.

Poranki w Warszawie są jak filmy Patryka Vegi – zbiór chaotycznych, niemających ze sobą nic wspólnego wątków, okraszonych scenami, na których widok chcesz sobie wsadzić mikser w oczy. Najbardziej irytują mnie pangi biznesu stojące przy samym wyjściu z Metra Centrum, które to pangi handlują towarem w postaci bluzeczek z Marywilskiej, przez co każda zaspana niewiasta torująca mi drogę, zaczyna torować ją jeszcze bardziej, bo właśnie teraz, w tym momencie, ona musi załatwić szalenie ważną rzecz, to jest: dotknąć bluzeczki, zapytać o cenę i potargować się z pangą, by ostatecznie ruszyć w dalszą drogę bez niczego.

Podążając zdeterminowanym krokiem, przeciskam się przez tumanów, co się mało nie zabiją o własne nogi, bo teraz jak się idzie, to koniecznie trzeba trzymać twarz w ekranie smartfona, a nuż jakiś nowy lajk pod zdjęciem z bieżni się pojawił. Zawsze złośliwie “skrobię marchewki” takim ludziom, że niby przez przypadek nadepnęłam im na piętę.

Wiele rzeczy można zrobić przez przypadek, mój kumpel na przykład upił się przez przypadek o 10 rano w środku tygodnia. Wstał po imprezie, a że suszyło, to wypił stojącego obok łóżka sprite’a. Dopiero po kilku głębszych łykach zorientował się, że sprite był zmieszany z wódką. A kiedy wszedł do kuchni, to zupełnie przez przypadek napił się coli, do której była dolana whisky. Można? Można.

Przez przypadek można też wynieść królika w klatce z imprezy urodzinowej koleżanki – patrz ja. Mam taką nietypową przypadłość polegającą na tym, że z każdego melanżu wynoszę jakiegoś owocka. Preferuję cytrusy, ale na przykład w Halloween poszłam spać z dwoma dyniami na poduszce. Co więcej, ja je dotaszczyłam do domu z knajpy w nienaruszonym stanie, za to telefon to już zostawiłam w taksówce. Toteż nic dziwnego, że mój mąż incydent z królikiem skwitował jednym zdaniem: Wolałem, kiedy z imprezy wracaliśmy z owocami a nie kolejnym zwierzęciem.

Ale jeśli widzę człowieka gapiącego się na telefon podczas porannego kardio w centrum Warszawy, z pewnością nie skrobię mu marchewek przez przypadek.

Na mojej twarzy maluje się grymas irytacji, i choćbym bardzo chciała go ukryć, to i tak wiem, że wzrokiem mogłabym oszraniać szampana. Wtem, kątem oka dostrzegam starszego pana, który trzyma w rękach dwa bukiety tulipanów. Przechodzę obok lekko wzruszona, jednak cisnę dalej. W mojej głowie zaczyna toczyć się bitwa myśli. Poddaję się. Zawracam.

Przedzieram się wartko pod prąd tłumu nacierającego z każdej strony. Jestem dzielna, nie wyłamuję się, sunę jak przecinak. Zadowolona, że udało mi się ujść z życiem, staję przed starszym panem i zadaję bardzo rezolutne pytanie:

– Czy sprzedaje pan tulipany? – Sherlock Holmes nie miałby szans z moją spostrzegawczością.

– Tak – odpowiada.

Nie przepadam za tulipanami, to znaczy nic do nich nie mam, ale posiadanie ich nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. Z kwiatów preferuję wino, najlepiej czerwone półsłodkie.

– W jakiej cenie?

– Żółty bukiet 30 złotych, różowy 40.

Łoł, sporo jak na coś, czego nie można wypić, i co zaraz zwiędnie – pomyślałam. – Poproszę te żółte.

Wręczyłam starszemu panu pieniądze, nie mogąc odwrócić uwagi od drżących ze starości rąk. Na jego wiekowej twarzy malował się uśmiech pełen satysfakcji. Zabrałam bukiet i popatrzyłam ze wzruszeniem na dumnego staruszka przyodzianego w znoszony lecz elegancki płaszcz i wdzięczny kaszkiet.

Tego dnia znów lubiłam ludzi.