życie codzienne, ludzie

Składanka Wakacje ’05

Leżała na narożniku w kolorze butelkowej zieleni, śledząc, jak błękit nieba ustępuje miejsca ciepłym smugom bursztynu. Uwielbiała tę krótką chwilę zawieszenia między dniem a wieczorem. Powietrze wciąż pachniało deszczem, choć po chmurach nie pozostał już nawet ślad, a dobiegające zza okna cykanie świerszczy zapowiadało ciepły, letni wieczór.

Leżąca na kamiennym parapecie Nokia 3510 rozbrzmiała polifonicznym dzwonkiem. Z ekscytacją sięgnęła po telefon, by sprawdzić, kto puścił strzałkę. Na czarno-białym ekranie wyświetliła się nazwa kontaktu: Ola. Puściła przyjaciółce dwa sygnały i szybko się rozłączyła. Wstała z łóżka, podeszła do srebrnej miniwieży Philipsa i nacisnęła przycisk power. Sprzęt grający podświetlił metaliczne guziki na niebiesko. Wybrała płytę opisaną czarnym markerem: Składanka Wakacje 2004. Chwilę później pokój skąpany w ciepłym świetle zachodzącego słońca wypełniły pierwsze dźwięki utworu „Jesteś” Teka.

Otworzyła ciemnobrązowe, błyszczące od lakieru drzwiczki jednej z licznych szafek masywnej meblościanki, która niczym drewniana twierdza ciągnęła się przez całą ścianę pokoju. Przeszklone witrynki, barek i rzędy identycznych szafek pamiętały jeszcze czasy, gdy taki regał był powodem do dumy każdego gospodarza. Wyciągnęła ze środka starannie złożone jasne dżinsy i wyprasowaną białą koszulkę na ramiączkach.

Przebierając się, nuciła pod nosem słowa piosenki:

„On nielicznym dałby wiele, by być tu, w tym miejscu, delektować się wolnością, radością w sercu…”.

Podeszła do lustra i poprawiła włosy, które wcześniej mozolnie potraktowała karbownicą.

„A ja sam jak palec tęsknię w ten smutny wieczór, wiele dałbym, żeby z dniem słońca blask nadszedł już…” – śpiewał Teka z wieży stojącej na meblościance.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia, zrobiła coś na kształt piruetu i z rozpędu wskoczyła na narożnik. Sprężyny jęknęły cicho pod jej ciężarem, jakby mebel miał już dość podobnych popisów. Wyciągnęła rękę w stronę parapetu, gdzie telefon leżał jak zwykle przy samym oknie, łapiąc resztki zasięgu. Chwyciła go, wciąż podśpiewując:

„Jesteś dla mnie wszystkim, wszystko jest tobą, nie mogę zebrać myśli, kiedy jesteś obok…”

Weszła w menu Nokii, wybrała wiadomości i zręcznie wystukała na klawiaturze SMS do przyjaciółki:

Gotowa? Bede za 15 min.

Polskie znaki były luksusem, na który nie mogła sobie pozwolić. Pakiet SMS-ów niemal się wyczerpał, a do kolejnego doładowania zostały jeszcze dwa dni. Na szczęście w zanadrzu zawsze pozostawały sygnały – uniwersalny język nastolatków początku XXI wieku. Na ekranie niemal natychmiast pojawiła się odpowiedź:

Juz czekam 🙂

Uśmiechnęła się pod nosem. W tym samym momencie z głośników popłynęły charakterystyczne dźwięki pianina zwiastujące kolejny utwór. Chwilę później pokój wypełnił głos wokalisty Jeden Osiem L:

„Ile dałbym, by zapomnieć cię, wszystkie chwile te, które są na nie…”.

Porwała z wieszaka szarą bluzę z kapturem i przewiązała ją rękawami przez ramiona. Wieczór pachniał przygodą, a ona nie zamierzała uronić ani minuty.

– Wrócę o dziesiątej! – krzyknęła w stronę dziadków.

– Dobre dzieci wracają na dzień trzeci! – dobiegł ją rozbawiony głos dziadka.

– Edward, na miłość boską, ona ma dopiero 15 lat! – oburzyła się babcia.

Chwilę później pędziła już przez podwórko, zostawiając za sobą muzykę płynącą z otwartego okna – drobne przeoczenie, za które przyszło jej później wysłuchać kazania dłuższego niż cała składanka Wakacje 2004.

21 lat później

Leżała w tym samym miejscu, obserwując, jak błękit nieba ustępuje miejsca ciepłym smugom bursztynu. Uwielbiała tę krótką chwilę zawieszenia między dniem a wieczorem. Powietrze pachniało latem, a zza otwartego okna dobiegało znajome cykanie świerszczy.

Pokój niewiele przypominał ten, który pamiętała z nastoletnich lat. Masywna meblościanka ustąpiła miejsca jasnemu regałowi, na parapecie nie leżała już Nokia rozpaczliwie poszukująca zasięgu, a srebrna wieża Philipsa od dawna kurzyła się gdzieś w piwnicy. Obok laptopa spoczywał smartfon, a niewielki bezprzewodowy głośnik sączył cicho muzykę. Leżała na dużym łóżku z szarym, welurowym wezgłowiem i przez moment próbowała sobie przypomnieć, kiedy ten pokój zdążył dorosnąć razem z nią.

Zmieniło się niemal wszystko. Poza oknami. Te same wielkie szyby wpuszczały do środka dokładnie to samo słońce, które dwadzieścia jeden lat wcześniej odbijało się od lakierowanych frontów meblościanki i tańczyło po obudowie Nokii 3510.

Ekran telefonu rozbłysnął niebieską poświatą. Rzuciła okiem na powiadomienie komunikatora – Ola.

Uśmiechnęła się pod nosem. Niektóre rzeczy najwyraźniej nie zamierzały się zestarzeć.

Założyła bluzę i ruszyła w stronę drzwi.

– Babciu, jadę do Oli! – zawołała.

– Dobre dzieci wracają na dzień trzeci! – odpowiedziałby kiedyś rozbawiony głos dziadka.

Przez krótką chwilę wydawało jej się nawet, że go słyszy. Zamiast niego odezwała się cisza.

– Tylko nie siedź do północy – mruknęła z kuchni babcia.

Chwilę później szła już przez podwórko skąpane w złotym świetle zachodzącego słońca. Tym razem przez otwarte okno nie dobiegała muzyka. Pamiętała, żeby wyłączyć głośnik.

O niektórych rzeczach człowiek uczył się pamiętać dopiero wtedy, gdy nie było już komu o nich przypominać.

Photo by Clint Patterson on Unsplash

Udostępnij