życie codzienne, ludzie

August girl

Brzoskwiniowe promienie słońca przedzierają się przez sosnowy las, rozlewając ciepło sierpniowego poranka na kuchennym blacie. Smaruję kromkę świeżego chleba masłem w iście nostalgicznym nastroju – jak zresztą co roku, każdego ostatniego dnia sierpnia. Podchodzę do parapetu, aby wybrać z koszyka najbardziej dojrzałego pomidora. To już ostatnie w tym sezonie. Zatrzymuję spojrzenie na miękkim dywanie mchu tuż pod oknem, po czym wiodę wzrokiem w dal, wypatrując mojej brzózki wyłaniającej się nieśmiało zza sosen.

Moje oczy robią się wilgotne, a w gardle pojawia się kłująca gula. Nie cierpię tych pożegnań z latem. I jednocześnie je uwielbiam – ten moment, kiedy czuję, że mam wszystko, ale oto nieubłagalnie nadchodzi moment, by się z tym pożegnać.

Układam kawałki soczystego pomidora na chlebie, oprószam solą, zamykam powieki i pcham kanapkę do gęby, jakby jutra miało nie być. Urywam kilka winogron leżących w misce obok bochenka chleba i dopycham do japy tak, by zamknąć ten smak lata w sobie jak najdłużej.

Myślę, że dla każdego lato smakuje inaczej. U mnie są to ciepłe poranki spędzone na spacerach po lesie, gdy wypatruję łosi, lisów, saren i mknących po drzewach wiewiórek. To smak gęstej, aromatycznej kawy, którym rozkoszuję się z mięciutkiego ogrodowego jajka-huśtawki. To poczucie, że nigdzie nie chcę i nie muszę się spieszyć, bo najważniejsze mam tu i teraz. Lato rozlewa się po tafli jeziora tysiącem iskrzących refleksów, a wśród drzew tańczy komorebi – światło przesiane jak złoty pył przez liście. To bursztynowe zachody słońca gasnące szybciej, niżbym chciała, i różowo-fioletowe niebo, które wieczorem zamienia się w ciszę, przybija piątkę z Księżycem, a potem eksploduje tysiącem gwiazd, jakby chciało wyśmiać te całe nasze wojny o granice i pierwszoświatowe konsumpcyjne dramaciki, które w obliczu Wrzechświata okazują się tylko hałasem much uwięzionych w słoiku.

Udostępnij