życie codzienne, ludzie

Mieszkamy po sąsiedzku

Mieszkamy po sąsiedzku. Mam bardzo dobry widok na ich dom i podwórko. Jestem świetną obserwatorką. Powiem Ci uczciwie, że widziałam już chyba wszystko. Nie zrozum mnie źle – nie jestem wścibska. Nigdy nie plotkuję, nie przekazuję nikomu tego, co widziałam – zatrzymuję to tylko dla siebie.

Jednak dziś zrobię wyjątek.

Noszę w sobie wiele cudzych tajemnic, ale to, czym się z Tobą podzielę, nie będzie jedną z nich.

Bo wiesz… Świat goni za sensacjami, lubi wyjawiać sekrety i ubóstwia dzielić się niesłychanymi historiami, po których człowiek długo zbiera szczękę z podłogi. Nie jestem hipokrytką, przyznaję, że też uwielbiam takie historie. Moja będzie jednak do bólu przeciętna, a dla większości z Was -zwyczajnie nudna. Lecz sęk tkwi w tym, by dostrzec magię w codzienności i dziękować za to, że mogliśmy być jej częścią.

Pierwszy raz zwróciła na mnie uwagę, gdy była wzrostu krasnala ogrodowego. Było przyjemnie ciepłe, letnie przedpołudnie, a ona spacerowała za rączkę ze swoją kuzynką. Od tej starszej emanowała troska i pewnego rodzaju duma, że to właśnie ona w tej chwili pokazuje jej świat, dzieli się swoją wiedzą, jak to robią dorośli. Pomachały do mnie radośnie – dwie dziecięce, niewinne buzie.  

Nie przesadzę (a muszę Ci zdradzić, że nigdy nie przesadzam i być może wyda Ci się to dziwne, ale panicznie boję się przesadzać – w końcu każdy ma swoje odchyły), jeśli powiem, że byłam świadkiem dorastania tych dzieciaków. I gdzieś w głębi siebie niesłychanie im zazdrościłam, ale była to raczej pozytywna zazdrość. Obserwowałam, jak na wiosnę ich dom wypełnia się ludźmi, było tyle znajomych, a często i nowych twarzy!

Najbardziej lubiłam letnie miesiące, bo wtedy mogłam widywać ich codziennie – całą czwórkę. Zimą przyjeżdżali tu tylko na ferie. Zawsze wprowadzali życie do mojego samotnego świata, tyle się działo! Uwielbiałam patrzeć, jak pielą ogródek, podwiązują pomidory i zbierają do misek owoce z krzaków porzeczki, ciągle przy tym narzekając. Wydaje mi się, że nie lubili tego robić, ciągle tylko marudzili, że chcą iść się pobawić z dzieciakami z okolicznych domów, a kiedy ich dziadkowie nie słyszeli, szeptali do siebie, że zmuszanie dzieci do pracy powinno być karane.

Przez większość letnich dni biegali po podwórku, bawiąc się w berka, chowanego, ciuciu babkę, a jak wpadali do nich znajomi, to było ich odpowiednio dużo, by zagrać w zbijaka. Lubiłam na nich patrzeć, gdy nurkowali w małym niebieskim basenie, wyławiając spinacze na czas. Wieczorami często palili ognisko, a gwar rozmów i muzykę było słychać jeszcze późno w nocy. Ciągle przesiadywali na wysokim drzewie tuż za płotem w lesie i prowadzili skrupulatne notatki dotyczące ilości przejeżdżających w oddali pociągów, licząc wagony. Był tam jeden chłopczyk o blond włosach, który wszędzie poruszał się na rowerze. Rower zawsze wiernie na niego czekał przed samym domem, wsiadał na niego i jechał na drugi koniec podwórka, gdzie była furtka, przez którą wychodzili do lasu.

Pewnego dnia bardzo się zlękłam, kiedy zauważyłam, że blond dziewczynka wbiega zapłakana na podwórko z lasu i krzyczy, że boli ją czoło. Dostrzegłam strużkę krwi na jej twarzy. Zaraz za nią znalazł się ten blondynek – jej brat, próbując krzyczeć szeptem, żeby (tu cytat, mi nie przeszłyby takie słowa przez gardło) „zamknęła mordę, bo jak rodzice się dowiedzą, to będzie miał przesrane”. Z ich rozmowy wywnioskowałam, ze bawili się patykami w lesie, a jeden z nich niefortunnie wylądował centralnie na czole dziewczynki. Nie pamiętam już, co dokładnie obiecał jej mocno przejęty sytuacją chłopczyk, ale zawarli pakt milczenia i wszystko skończyło się dobrze.

Kiedy nadchodziły jesienne dni podwórko moich sąsiadów zalewała fala złocisto-brunatnych liści. Muszę przyznać, że wyglądało to spektakularnie. W jeden z tych jesiennych dni rodzeństwo siedziało na gałęzi starej jabłoni. Może i jestem nadto sentymentalna, ale ten obraz utkwił mi w pamięci i rozpuścił serce. Dwójka siedzących obok siebie dzieci, radośnie machających w powietrzu nóżkami w scenerii mieniącej się kolorami jesieni.

Ten widok jednak nie trwał długo, bo mały blondynek szturchnął w ramię swoją siostrę, a ta spadła plecami na ziemię, nie mogąc złapać oddechu. Na szczęście drzewo nie było wysokie, więc po chwili wstała i zaraz ruszyła pędem za uciekającym przed nią bratem, krzycząc coś o supermenie, zniszczeniu życia, i że pożałuje.

Z czasem, kiedy już byli nastolatkami, zaczęli przesiadywać na starej szynie za drogą. To były czasy! Całe lato zbierało się tam wiele młodzieży, grała muzyka, a ożywione dyskusje trwały do później nocy. Nie przeszkadzało mi to, lubiłam ich po prostu obserwować, czując jakbym była częścią ich życia, choć niejednokrotnie patrzyli na mnie całą paczką, jakby chcieli mnie zaprosić, jakby czegoś wypatrywali, a później naciągali na głowy kaptury, pokazując sobie nawzajem przelatujące nisko nietoperze.

Gdy dzieciaki były już niemal dorosłe, czasem bezwstydnie podglądałam, jak dziewczyny trzymają się za rękę z chłopakami, którzy co jakiś czas skradali im buziaki. Byłam nieco wzruszona tym przemijaniem czasu. Raz nawet zdarzyła się nie lada bójka na placu przed starą szyną. Podjechało kilka samochodów, wszyscy biegali, krzyczeli, bili się. Ale na szczęście szybko ich rozgoniono i nikomu nic poważnego się nie stało.

Teraz została mi tylko ona – sąsiadka. Wciąż się u nich sporo dzieje latem, ale to już zdecydowanie nie to samo, co kiedyś. Stary, poczciwy gospodarz odszedł, ale zastąpił go nowy – uważam, że godnie. Reszta dzieci, które pamiętam od małego, już prawie w ogóle tu nie bywają. Nie mam pojęcia, co u nich słychać. Wiem tylko, że wspaniale było być częścią ich maleńkiego świata i patrzeć, jak dorastają.

Choć te chwile, których byłam świadkiem, już nie wrócą, wydarzyło się coś niesamowitego. Zaczęła mnie dostrzegać. To takie dziwne uczucie, aż niewiarygodne! Tyle lat byłam zwyczajną obserwatorką, która, co prawda, czuje się częścią ich życia, ale zawsze pozostawała w cieniu. Przez ostatni rok, dzień dnia, widzę ją rano, kiedy wychodzi na spacer z psem lub idzie pobiegać i patrzy na mnie! Za pierwszym razem byłam pewna, że się przewidziałam. Ale nie! Każdego dnia, kiedy przechodzi przez ulicę, patrzy na mnie i się uśmiecha. Nie mogę się mylić – ten uśmiech jest zarezerwowany dla mnie, jakby był jakąś metaforą wdzięczności, za to, że zawsze jej towarzyszyłam.

Ale co ja tam mogę wiedzieć.
W końcu jestem tylko staruszką z ciemnozielonymi igłami, niegdyś będącą domem nietoperzy.

A jednak stoję tu nadal – ja, nieskromnie powiem, okazała Sosna.
Pamiętam ich śmiech, strach, pierwsze sekrety i pakt milczenia zawarty pod drzewami.
Pamiętam lato, które trwało dłużej niż powinno, i dzieci, które dorosły szybciej, niż ktokolwiek planował.

I choć nikt nigdy mnie o to nie prosił, byłam.
Zawsze.

Może więc ten uśmiech nie jest podziękowaniem.
Może to tylko znak, że czasem wystarczy stać w jednym miejscu całe życie, żeby stać się czyimś krajobrazem.

A to, wierz mi, jest więcej niż bycie zauważoną.

Photo by Lisa Px on Unsplash

Udostępnij